Wirtualna wycieczka
home memori znane memori memori zbiorowe cmentarze artykuły pomoc
Memori wyszukiwarka
wyszukiwarka zaawansowana: tekstowa
wyszukiwarka zaawansowana: tekstowa mapa
Memori twoje konto
podaj e-mail
podaj hasło
kobieta mężczyzna
zapoznałem się i akceptuję regulamin
10.06.2011
Paweł Stawiński
Pierwsza rocznica śmierci Jerzego Stefana Stawińskiego.
Ostatnie sześć, a może siedem lat było zupełnie inne. W końcu spełniło się marzenie wnuka, który nigdy wcześniej nie doświadczył „posiadania” prawdziwego dziadka. Zaczęliśmy rozmawiać i spotykać się poza oficjalnymi okazjami, jakimi do tej pory były święta rodzinne, urodziny, albo, od czasu do czasu, czyjeś imieniny. W końcu miałem swojego mentora, nieprawdopodobny umysł, który prostował moje, nierzadko krzywe i niepoprawne postrzeganie świata. Dziadek nauczył mnie dużo, nawet bardzo dużo. Szczególnie o filmie. Ta wiedza pomogła mi w rozwijaniu się w produkcji filmowej i telewizyjnej oraz cały czas pozwala mi się dalej rozwijać i kształtować swoje poglądy.
 
Szczególnie okres wiosenno – letni obfitował w nasze „plenerowe” spotkania. Siadaliśmy albo u dziadka w ogrodzie na warszawskim Mokotowie, albo w podwarszawskich Oborach w Domu Pracy Twórczej. Czasami przyjeżdżaliśmy do Konstancina do ZAiKS’u. Oczywiście wyjazdy pod Warszawę miały główny cel, jakim było zjedzenie dobrego obiadu, a te miejsca miały to do siebie, że tam można było naprawdę dobrze podjeść! I to dobre domowe obiady przygotowywane z myślą o osobach, które zarówno w Oborach jak i w ZAiKS’ie spędzały całe tygodnie pisząc i tworząc. Spacer w Oborach zawsze był dobrą okazją na rozmowę o tym co się ostatnio wydarzyło głównie w moim życiu zawodowym (bo przecież szkołę udało mi się już dobre parę lat temu ukończyć). Często rozmawialiśmy o współczesnej produkcji filmowej a dziadek porównywał ją do czasów powojennych. Dla mnie to była zawsze skarbnica wiedzy tym bardziej, że dowiadywałem się o takiej ilości anegdot z życia twórców, że czasem wątpiłem w możliwości imprezowe teraźniejszej młodzieży.
 
Naszym spotkaniom i rozmowom często towarzyszyła Dżiba (Helena Amiradżibi Stawińska – małżonka dziadka), której nigdy nie nazywam babcią. Zwracam się do niej Dżiba – tak było zawsze i jakoś trudno mi to było ostatnio zmienić. Dżiba jako osoba, która także była obecna przez większość swojego życia w świecie filmowym, zawsze przypomniała dziadkowi parę ciekawych sytuacji tudzież anegdot, które nawiązywały do mojej z nim rozmowy. I to właśnie było to! W końcu miałem dziadka i „babcochę” (Dżiba poślubiła dziadka i stała się jego trzecią żoną; zawsze mi powtarza, że jest moją „babcochą”) ze strony mojego taty!
 
Dziadek miał bardzo dobre poczucie humoru, ale miał też cięty dowcip oraz cechę, którą chyba po nim powoli przejmuję, a mianowicie zawsze, bez żadnych wyjątków, w każdej sytuacji wyrażał swoje zdanie w sposób najbardziej bezpośredni i prosty – nie pozostawiając rozmówcy cienia wątpliwości co do swoich poglądów. To było zazwyczaj bardzo zabawne – szczególnie, gdy taka wypowiedź miała miejsce w mediach! Ale ludzie go za to cenili i szanowali. Była to jedna z nielicznych, publicznie wypowiadających się osób, które mówiły całkowicie szczerze. Nie mając żadnego, kompletnie żadnego interesu w tym co mówią, albo do kogo mówią. Po prostu mówił na temat, który mu zadano, albo mówił to na co miał w danej chwili ochotę. Jak wszyscy sobie zdajemy sprawę szczerość nie jest często stosowana przez współczesne społeczeństwo.
 
Fenomen umysłu dziadka polegał na niesamowitej jego sprawności. Do ostatnich dni myślał szybko i sprawnie wypowiadał swoje myśli. Ale tak było zawsze. Jako młody kawaler, zaraz po wojnie zapisał się na studia na Uniwersytet Warszawski, na Wydział Prawa, który ukończył w 1952 roku. Zawodu nigdy nie wykonywał. Studia skończył, bo, jak mawiał, „trzeba było być wykształconym”. Nie sprawiły mu najmniejszych trudności – nauka przychodziła mu szybko i bez najmniejszych problemów.
 
Jego filmy były wycinkami z jego życia. Piszczyk był w nim cały czas, „Pułkownik Kwiatkowski” to historia, którą usłyszał w pociągu od nowo poznanego kompana podróży. Każdy scenariusz, każda książka miały w sobie kawałek jego własnej historii. Oczywiście nie zaliczam do tego takich dzieł jak scenariusz do filmu „Krzyżacy”.
 
Samo pisanie wypełniało mu większość czasu w ciągu dnia. Jeśli miał wenę oczywiście. Pisał, skreślał, znowu pisał. Rysował ustawienia kamer, robił opisy ujęć. To nie były tylko scenariusze, to były scenariusze wyposażone w elementy planu pracy oraz wskazówki dla poszczególnych pionów produkcyjnych.
 
Dziadek zmarł w swoim domu na Mokotowie. Po prostu się nie obudził. Odchodzą od nas największe polskie pióra. Szkoda, że tak wcześnie – od roku zaczęliśmy przygotowywać nasz wspólny projekt filmowy. Bez niego jest trudniej, szczególnie dlatego, że był jedynym żyjącym dziadkiem jakiego miałem…
 
 
Paweł Stawiński, wnuk
 
 
 
Komentarze
Zaloguj się, aby móc dodać wpis.
Nikt nie dodał jeszcze komentarza. Możesz być pierwszym, który to zrobi.